Światopogląd

Być może prezentowana tu teza spotka się ze zdecydowanym sprzeciwem niejednego czytelnika, ale w przypadku Romana Maciejewskiego należy stwierdzić, że jego poglądy i kształtowana przez nie wizja ludzkiego życia są równie ważne jak jego twórczość; Maciejewski-kompozytor idzie ramię w ramię z Maciejewskim-człowiekiem - rzecz nie zawsze tak oczywista gdyby przyjrzeć się większości minionych i obecnych twórców - obaj niejako stapiają się w jedno stanowiąc nierozerwalną całość, dla nas niezbędną aby w pełni odczuć, pojąć i wreszcie docenić wyjątkowość i wielkość tej postaci.

Stefan Szlachtycz opatrując swój film o RM tytułem Outsider, uchwycił sedno jeśli chodzi o stosunek kompozytora do otaczającej go rzeczywistości. Był Maciejewski outsiderem totalnym, rzecz bowiem dotyczyła w zasadzie wszystkich aspektów życia - zarówno tych związanych z codzienną egzystencją, jak tych szerzej rozumianych, związanych z twórczością, poglądami, postawą życiową. Opisując ów światopogląd trudno jest wyabstrahować go jako jakiś osobny konstrukt intelektualny, pozwalający umieścić się w ramach jakiegoś dyskursu, zdolny zaistnieć niezależnie od życia - zbyt ściśle związany był z takimi choćby rzeczami jak codzienna dieta, stosunek do pieniędzy i własnej kariery artystycznej. Bycie outsiderem w naturalny sposób ułatwiało podejmowanie pewnych decyzji, dawało wolność wybrania własnej drogi i przde wszystkim wolność realizowania swojego życiowego posłannictwa, którego poczucie narodziło się pod wpływem przemyśleń wynikających z traumatycznych przeżyć, jakich Maciejewski doświadczył.

Dwa wydarzenia zaznaczyły się w życiu kompozytora w sposób szczególny. Oba zadecydowały o jego dalszej drodze nie tylko twórczej, ale i życiowej - w całej swojej rozciągłości. Tak jak rany pozostawiają na ciele albo w psychice blizny, tak otarcie się o własną śmierć naznacza człowieka nieusuwalną pieczęcią. Odtąd tak „zapieczętowny” człowiek już nie potrafi patrzeć na swoje życie inaczej niż przez pryznat tego doświadczenia. Maciejewski pierwszy raz znalazł się w sytuacji granicznej podczas wspinaczki górskiej na Zawrat w Tatrach, której omal nie przypłacił życiem. Całe zdarzenie trwało prawdopodobnie zaledwie kilka sekund. A być może tylko jedną sekundę. Ten moment wystarczył jednak aby pojawił się pierwszy silny impuls – zapowiedź przyszłych zmian. Za drugim razem spotkanie ze śmiercią trwało znacznie dłużej. Rozłożyło się na długie dni i tygodnie szpitalnej ciszy. Maciejewski umierał po ciężkiej operacji. A raczej miał umrzeć, tyle przynajmniej stanowiła medycyna. Stało się jednak inaczej. Wpierw ratowało się samo życie, kiedy spontanicznie sięgnął po leżące przy łóżku owoce. Wycieńczony organizm, w zasadzie pozbawiony możliwości przyjmowania pokarmu, przyjął je – o dziwo. Odtąd owoce stały się towarzyszem zdrowotnej doli i niedoli kompozytora już do końca życia. A po tych pierwszych, szpitalnych owocach narodził się jakby nowy duch. To właśnie wtedy ukształtowała się nowa osoba, nowy człowiek.

Słowem, z powodu dwukrotnego znalezienia się w sytuacji, zdawałoby się bez wyjścia, gdy wkroczenie w ścianę nieznanego (a może tylko rozpłynięcie się w ciemności) było już niemal pewne i choć w rezultacie stało się inaczej, życie Romana Maciejewskiego zostało wyrwane z dotychczasowego toru.

W swojej postawie życiowej i twórczej Roman Maciejewski, być może po części nieświadomie, staje się kimś w rodzaju proroka, jurodiwego, osobą stojącą na uboczu świata, patrzącą nań z dystansu (czy może raczej z dystansem), jednocześnie penetrującą obszary położone wokół granicy ludzkiego poznania. To w zasadzie kłóci się z ówczesnie dominującą, nowoczesną koncepcją artysty awangardowego, ale także artysty socrealisty, gdyż mimo pewnych podobieństw natury warsztatowej (w pewnym sensie nie dziwi ich nadmierne akcentowanie przez krytykę opcji modernistycznej) istnieje fundamentalna różnica ideowa (...) - przy czym należy podkreślić, że nieistotna jest tu w zasadzie natura systemu (polityczna, ideologiczna, religijna, etc.), a sam fakt jego istnienia i funkcjonowania. Tymczasem Roman Maciejewski nie jest na usługach jakiejkolwiek idei odgórnej, zamiast tego niesie przesłanie będące wynikiem wyłącznie własnego, intymnego i popartego szczególnym doświadczeniem  rozpoznania. Nawet przy założeniu historyczności i warunkowości tego rozpoznania nie traci ono odrębności w zestawieniu z wszelkimi ówczesnymi nurtami. Idąc dalej tym tropem, Roman Maciejewski zbliża się nieco w swoim przekazie do gnozy. Inaczej – jeżeli dokonał rozpoznania i od tej pory ono będzie głównym punktem odniesienia, kierującym do swoistego porzucenia świata i niesienia „płomienia” tegoż rozpoznania (wizji? intuicji?; nasuwa się mityczny Prometeusz) z niebywałą wprost konsekwencją postanawia tak kierować swoim życiem, aby zdołać jak najefektywniej przekazać choć ułamek tego rozpoznania innym. Stąd oczyszczanie ciała i umysłu, aby nic nie odwracało uwagi od wyznaczonego celu i nie zakłócało przekazania rozpoznania. Czym jest ów przekaz? Co takiego ważnego rozpoznał Roman Maciejewski, czym z tak wielkim przekonianiem chce się podzielić? Z pewnością najgłębszej części jego rozpoznania nie poznamy, z tego względu, że większość wewnętrznych doznań jest zasadniczo nieprzekazywalna. Ale ta część, która należy do królestwa rozumu i jego ośrodków decyzyjnych, jako przekazywalna, dociera do nas w dwóch postaciach. Po pierwsze „Requiem” – poprzez pochylenie się nad ofiarami ludzkiej przemocy i ignorancji Maciejewski nie tyle przestrzega, co stara się uwrażliwić swoich odbiorców na te chyba największe problemy ludzkości.[1] Po drugie, przykład płynący z życiorysu, postawa życiowa będąca w jakimś sensie świadectwem czystej intencji, wołaniem o nieporzucanie wolności i innych wartości wypływających z głębokiego humanizmu.

Jako kompozytor Roman Maciejewski stał wyraźnie na poboczu współczesnych sobie trendów. Pamiętajmy co działo się w świecie muzyki współczesnej przez pierwsze powojenne ćwierćwiecze. Jaki kierunek bywał najczęściej obierany, jakie idee w zasadzie monopolizowały ówczesne życie muzyczne. To właśnie w tamtej, szczęśliwie już minionej epoce powstawało „Requiem”, a następnie doświadczało, jeśli można tak powiedzieć, pierwszej – niezbyt przecież dobrej – recepcji. W totalitarnej erze serializmów, sonoryzmów, aleatoryzmów i początków muzyki elektronicznej całkowicie diatoniczny i konsonansowy, ba, tonalny utwór w tradycyjnej obsadzie na tradycyjnie śpiewających solistów i chór, na orkiestrę używającą swoich instrumentów zgodnie z ich piewrotnym przeznaczeniem, nie dość że nawiązujący stylistycznie dialog z przeszłością to jeszcze „dorównujący” jej w kwestiach rzemiosła.[2] Drażniąca musiała być wówczas  wypowiedź kompozytora: „styl i środki muzyczne stoją w ścisłym związku z ideologicznym założeniem oraz uniwersalnym, ogólnoludzkim charakterem tego dziela, w którym starałem się zwrócić do jak najszerszych kregów słuchaczy pobudzając ich wyobraźnię i wrażliwość odbiorczą już w pierwszym słuchaniu oraz unikając wszelkich prób szukania nowych, eksperymentalnych środków muzycznych”.[3]

Jeżeli założymy, że jednym z podstawowych elementów ludzkiego doświadczenia jest cierpienie, możemy dokonać pewnego prostego porównania myśli zachodniej z indyjską – a wiemy, że wokół obu krążyły zainteresowania Romana Maciejewskiego – w kontekście zagadnienia czasu teraźniejszego. Cierpienie, jeśliby powiedzieć, że się dzieje, to dzieje się w czasie teraźniejszym. Człowiek odczuwający cierpienie, bez względu na jego postać, zawsze odczuwa je w stanie, który najprościej byłoby określić jako „bycie w teraz”. To dotyczy zresztą wszelkiego rodzaju odczuwania, choć cierpienie jako stan szczególnie intensywny, szczególnie mocno zatrzymuje człowieka niejako przy sobie, a więc „w teraz”. Dokonawszy pewnego uogólnienia, można zaryzykować twierdzenie, że w odróżnieniu od człowieka Wschodu, Indusa (w tym przypadku w zasadzie nawet hindusa), człowiek Zachodu kategorycznie nie zgadza się na cierpienie. Nie chce go, nie akceptuje i odwraca się od momentu „teraz” jak to tylko możliwe, przez co jego umysł staje się wobec teraźniejszości bierny. W tym samym momencie czynne pozostają, mówiąc obrazowo, ręce. Tutaj, w świecie fizycznym, poprzez działanie, człowiek Zachodu realizuje się w zmaganiu z cierpieniem. Olbrzymia część wysiłku cywilizacyjnego Zachodu związana jest z konsekwentnym przeciwdziałaniem cierpieniu – jego zapobieganiu, a jeśli to nie przynosi oczekiwanego rezultatu, jego efektom. Natomiast w sensie duchowym człowiek Zachodu odrzuca cierpienie, nie radząc z nim sobie do końca. Nie radzi z nim sobie jego prosta intuicja, nie radzi sobie ani tzw. mądrość ludowa, ani filozofia, ani nawet teologia – zwłaszcza po traumatycznej rzezi dwóch wojen światowych i eschatologicznej tragedii Szoa. Cierpienie zdaje się, znów mówiąc obrazowo, przychodzić skądś i znienacka dopadać, i tylko poprzez przeciwdziałanie można się wobec niego ustosunkować. Tymczasem człowiek Indii sprawia wrażenie wręcz odwrotne. Wielokrotnie zarzuca się Indusom pasywność i niekiedy wręcz niewrażliwość na cierpienie. To jednak raczej efekt odwrotnej proporcji. Wysiłek Indusa skupia się bowiem nie na działaniu, a na obserwacji. To dzięki niej daje się zauważyć, że cierpienie jest zaledwie fantomem. Przyciąga do siebie całą uwagę człowieka, ale nie stanowi jego natury, choćby tylko przejściowej. Asztawakragita, jeden z kluczowych tekstów dotyczących zagadnień poznania w filozofii jogi (będącej samym rdzeniem filozofii hinduskiej), mówi o tym w jednym wersecie: „Nie jesteś ziemią, wodą, ogniem, powietrzem ani eterem; przyglądaj im się aby jaźń od nich uwolnić, bo wiedz, że jesteś samą świadomością”.[4] I dodaje: „Jeśli odwrócisz uwagę od ciała i pozostaniesz samą świadomością, doznasz szczęścia, ukojenia i wolności od więzów”.[5] Takie podejście zakłada całkowite, absolutne skupienie się ludzkiego umysłu na teraźniejszości. A zarazem, gdy spojrzymy z boku, jest ta teraźniejszość częścią przestrzeni wewnętrznej, która sprawia wrażenie bycia poza teraźniejszością jako czasem powszechnym, wyznaczanym godziną i datą. Taka wewnętrzna teraźniejszość zamienia się w wieczność, ale jest już poza czasem.

Cierpieniu, które było – a było bez cienia wątpliwości złem – poświęcone jest Requiem.[6] Z nadzieją, żeby zło nigdy się już nie powtórzyło. O cierpieniu „teraźniejszym”, będącym już zupełnie osobistym doświadczeniem Maciejewskiego, dla nas pozostającym już tylko przeszłością, możemy dowiedzieć się dzięki znajomości życiorysu i sylwetki kompozytora.

Sebastian Krajewski

-------------------

Obszerne fragmenty tekstu pochodzą z publikacji Dziecko innego czasu. Garść refleksji o Romanie Maciejewskim Sebastiana Krajewskiego ([w:] Roman Maciejewski. Twórca charyzmatyczny, praca zbiorowa pod red. Jagny Dankowskiej, Janiny Tatrskiej i Anny Brożek, Poznań - Warszawa 2010).


[1] Requiem zadedykowane jest „ofiarom ludzkiej ignorancji; ofiarom wojen wszechczasów; ofiarom więzień tyranów; ofiarom ludzkiego bezprawia; ofiarom łamania boskiego porządku natury”.

[2] Teza ta opiera się na moim osobistym przekonaniu o istnieniu zjawiska, które nazywam „kompleksem tradycyjnego warsztatu”, będącego bardzo silnym resentymentem stanowiącym źródło postaw przyjmowanych i wyborów dokonywanych przez wielu tzw. twórców awangardowych

[3] J. Kański, „Requiem” Romana Maciejewskiego, „Ruch Muzyczny” 1960 nr 21.

[4] Aśtavakra Samhita, I.3, red. Swami Nityaswarupananda, Kalkuta 2004; cytowany fragment w przekładzie własnym. Swami Nityaswarupanada komentuje werset w sposób następujący: „Pięć żywiołów konstutuuje ciało, umysł i cały wszechświat. Jaźń jest od nich zawsze różna; jest Samoświadomością i jednocześnie ich świadkiem. Wyzwolenie następuje gdy rozpoznajemy Jaźń jako taką”.

[5] Tamże, I.4.

[6] P. przypis 1.